Chłopiec z Biblią

Dozorca otworzył drzwi. Do celi wszedł chłopiec i zatrzymał się u progu. Drzwi zatrzasnęły się za nim. - Za co ciebie zamknęli? - zapytał Kowalski, zecer z Bednarskiej. - Za nic - odpowiedział chłopiec i przeciągnął dłonią po ostrzyżonej głowie. Ubrany był w wytarty czarny garniturek uczniowski. Przez ramię miał przewieszone palto z barankowym kołnierzem. - Za co go mogli zamknąć? - rzekł Kozera, przemytnik z Małkini. - Przecież to jeszcze szczeniak. I Żyd pewnie? - Nie mówilibyście takich rzeczy. Kozera - odezwał się spod ściany Szrajer, urzędnik z Mokotowskiej. - Wcale chłopak na to nie wygląda. - Nie gadajcie, pomyśli, że sami bandyci tu siedzą - rzekł zecer Kowalski. - Siadaj, chłopiec, na sienniku. Nie ma co myśleć. - Niech nie siada, bo to miejsce Mławskiego. Może zaraz wrócić z badania - rzekł Szrajer z Mokotowskiej, u którego znaleźli gazetki. - Cóżeście, stary, zwariowali do reszty? - zdziwił się zecer Kowalski. Posunął się, robiąc chłopcu miejsce. Chłopiec usiadł i położył palto na kolanach. - Co się patrzysz? Piwnica, i tyle. Nie widziałeś nigdy? - zapytał Matula, który, udając gestapowca, chodził w długich butach i skórzanej kurtce po chłopach i rekwirował świnie. - Nie widziałem nigdy - odburknął chłopiec. Cela była mała i niska. Na ścianach piwnicy błyszczała w mroku wilgoć. Brudne, wypaczone drzwi pokryte były datami i imionami wyrżniętymi scyzorykiem. Koło drzwi stał kubeł. Pod ścianą na betonowej podłodze leżały dwa sienniki. Ludzie siedzieli skuleni, dotykając się kolanami. - Przyjrzyj się, ale dobrze - roześmiał się Matula. - Byle gdzie tego nie zobaczysz. - Poprawił się na sienniku. - Ciągniesz jeszcze? - zapytał. - Ciągnę. - Dobrałem kartę. - Sobie. Wziął trzy karty. Popatrzył w nie. - Było nie było. Dosyć. - Dwadzieścia. - Wyłożyłem karty. - Przegrałem - rzekł Matula. Strzepnął kurz z kolana. Jego bryczesy zachowały jeszcze kanty. - Pajdka twoja. Ale karty są i tak znaczne. Na korytarzu trzaskały wyłączniki. Pod sufitem zapaliło się mdłe światło. W okienku pod sufitem tkwił granatowy kawałek nieba i fragment dachu od kuchni. Kraty w otworze były zupełnie czarne. - Jak się nazywasz, chłopcze? - zapytał urzędnik Szrajer. Oprócz gazetek wyszperali u niego jeszcze jakieś pokwitowania ze zbieranych pieniędzy na organizację. Przez cały dzień nie ruszał się z siennika i bezustannie żuł sztuczną szczękę. Z głodu uszy odstawały mu coraz bardziej. - A tam, jak się nazywam - rzekł chłopiec z lekceważeniem. - Mój ojciec jest dyrektorem banku. - To ty w takim razie jesteś synem dyrektora banku - powiedział, odwracając się do niego. Chłopiec siedział pochylony nad książką. Trzymał ją blisko oczu. Palto miał porządnie złożone na kolanach. - Aha, książka. Co to za książka? - Biblia - rzekł chłopiec, nie podnosząc oczu znad książki. - Biblia? Myślisz, że ci tu pomoże? Cholerę w bok pomoże - odezwał się przemytnik Kozera spod drzwi. Chodził szerokimi krokami od ściany do ściany, dwa kroki w przód, dwa w tył, obrót w miejscu. - Tak i tak w czapę. - Jak kogo - rzekłem, biorąc znów karty od Matuli. - Oczko. - Ciekawe, kogo dziś wywołają z naszej celi? - rzekł Szrajer z Mokotowskiej. Wciąż oczekiwał, że go rozstrzelają. - Znowu? - rzekł wrogo zecer Kowalski. - Dawaj jeszcze raz - rzekł gestapowiec Matula. Zaciął mu się rewolwer przy ostatniej rekwizycji. - Ryzyka, fizyka, a żyć trzeba. Karty były zrobione z tekturowego pudełka po paczce. Figury narysowali chemicznym ołówkiem ci, co tu byli przed nami. Każda karta była znaczna. - Nic mu nie będzie - rzekłem, tasując. - Posiedzi, tata forsę wybuli, mamusia uśmiechnie się do kogo trzeba, i chłopaka puszczą. - Ja nie mam matki - rzekł chłopiec z Biblią. Przybliżył książkę jeszcze bardziej do oczu. - Tak, tak - rzekł zecer Kowalski i ciężko położył rękę na głowie chłopca. - Kto wie, czy my jutro będziemy jeszcze żyli? - Znowu? - odezwał się urzędnik Szrajer z Mokotowskiej. - Nic się nie martw - rzekłem do chłopca. - Grunt, aby się po tobie nie martwili. To najgorzej. Kiedy ciebie aresztowali? - Mnie nie aresztowali - odrzekł chłopiec. - Nie byłeś w Poliżcie - zapytał zdziwiony Kozera, przemytnik z Małkini. - Nie byłem - odpowiedział chłopiec. Złożył starannie książkę i schował ją do kieszeni palta. - Zostałem złapany na ulicy. - Była łapanka dzisiaj? Na jakiej ulicy? - spytał niespokojnie urzędnik Szrajer, u którego znaleźli gazetki i pokwitowania. Miał dwie córki, które chodziły na gimnazjalne komplety. Miał nadzieję, że dostanie z domu paczkę żywnościową. - To coś nie tak - rzekł zecer Kowalski. - Gdyby była łapanka, toby przywieźli całą kupę ludzi, a nie tylko jego jednego. Coś by się i tu słyszało. - Albo zobaczysz bramę z tej dziury? - powiedziałem, kiwając głową w stronę okna pod sufitem. - Masz tylko dach kuchni i kawałek warsztatu. Pokazałem gestapowcowi Matuli karty: - Dziewiętnaście. - Jak stąd - rzekł Kozera, przemytnik z Małkini. Wiózł słoninę do Guberni i został złapany w klasycznym miejscu, na granicy. Stał pod drzwiami i patrzył w okno. - Od drzwi widać więcej. Pod kuchnią chodzi wachman20 z psem. Wyładowują kartofle na jutro. - Znowu fura - rzekł Matula, rzucając karty na siennik. - Nie mam szczęścia. Pewno przyjdą po mnie. Bo po co by mnie tutaj przenosili. Tylko na czapę, no nie? - Myślałeś, że na wolność? - odezwał się przemytnik Kozera. Chodził wielkimi krokami od sienników do drzwi i z powrotem. Biuro nieruchomości Kocmyrzów - Ano - rzekł z westchnieniem Matula. - Może się odegram. Jak nie, to jutrzejsza pajdka twoja. Począł przekładać karty, zrobione z tekturowego pudełka po paczce. - Jeśli dziś przyjdą po ciebie, to co mi jutro po twojej pajdce? - Wyciągnąłem rękę. - Dawaj karty. - Mnie złapał policjant na ulicy Koziej - rzekł chłopiec. - Granatowy? Mnie też - powiedział przemytnik Kozera. - Zwyczajny policjant. I przyprowadził mnie tutaj. - Prosto do bramy? Przez getto? Nieprawda - rzekł Szrajer, urzędnik z Mokotowskiej. - Przywiózł dorożką. Mówił, że jest bardzo późno, boby mnie zawiózł na Polizei. A tak dostawił mnie do bramy - powiedział chłopiec i uśmiechnął się do wszystkich. - Miał poczucie humoru - rzekłem do chłopca. - Pewnie pisałeś farbą na murze? 20 Wachman (z niem. Wachmann) - wartownik - Kredą - odpowiedział chłopiec. - Trzeba ci było malować? - rzekł Kowalski, zecer z Bednarskiej. - Dozorca domu będzie miał przez ciebie robotę. Żebym był tak twoim ojcem. - Pogłaskał chłopca po ostrzyżonej do skóry głowie. - Kowalski, a po coś ty gazetkę drukował na Bednarskiej? - zapytał przemytnik Kozera. Chodził szerokimi krokami od ściany do ściany. - Nie drukowałem żadnej gazetki. Poszedłem kupić otomanę. - Akurat w podziemnej drukarni, co? - Fura. - Podałem karty gestapowcowi Matuli. - „Pasowałeś do niej jak francuski dukat do dłoni ulicznicy”. To Szekspir, zecerze Kowalski. - Jeszcze raz, to się odegram - rzekł Matula i począł tasować karty. - Wystarczy. Dwie pajdki moje. - Odsunąłem karty. - Wpadłem tak samo niewinnie jak ty - rzekł Kowalski, zecer z Bednarskiej. - Wiesz dobrze, że ja tylko poszedłem szukać narzeczonej, bo dwa dni nie wracała do domu. - Do rusznikarzy, co? - zaśmiał się zecer Kowalski. Przechyliłem się w stronę chłopca i dotknąłem go ręką. - Dasz mi potem poczytać? Chłopiec potrząsnął przecząco głową. - A zresztą skąd ja mogłem wiedzieć? - rzekł zecer Kowalski. - Ogłoszenie było przecież na słupie. Zamilkliśmy. Pod sufitem paliło się mdłe światło. Siedzieliśmy na dwu porwanych siennikach. W kącie pod oknem siedział z głową na kolanach urzędnik Szrajer z Mokotowskiej, którego dwie córki chodziły na tajne komplety gimnazjalne. Uszy odstawały mu coraz bardziej. Gestapowiec Matula, który chodził na rekwizycje, siedział plecami do drzwi i zasłaniał rozłożone na sienniku karty. Na drugim sienniku siedział Kowalski, zecer z Bednarskiej, który w podziemnej drukarni kupował otomanę. Obok niego siedział chłopiec, który pisał kredą na murach i czytał Biblię. Kozera, przemytnik z Małkini, chodził od sienników do drzwi i z powrotem. Drzwi były czarne i niskie, pełne wydrapanych imion i dat. Za czarnymi kratami wybitego okna błyszczał rudy fragment dachu kuchni i jaśniało fioletowe niebo. Niżej był mur. Na murze wznosiły się wieżyczki z karabinami maszynowymi. Dalej za murem leżały bezludne domy getta o pustych oknach, w których unosiło się pierze z rozdartych poduszek i pierzyn. Urzędnik Szrajer podniósł głowę znad kolan i patrzył na chłopca z Biblią. Chłopiec czytał znowu, trzymając książkę blisko oczu. Na korytarzu rozległy się kroki. Żelazne płyty pokrywające podłogę dźwięczały. Drzwi od cel poczynały szczękać. - Nareszcie przyjechali - rzekł zecer Kowalski, który nasłuchiwał razem ze Szrajerem. - Ciekawym, ilu nowych. - Tego towaru nigdy nie zabraknie. Nie trzeba szmuglować. Sam przyjdzie - rzekł Kozera, przemytnik z Małkini. - Chociaż taka korzyść, że powiedzą, co słychać na świecie - rzekł Matula, który chodził na rekwizycje i czekał na wykonanie wyroku śmierci. - Byliście na tym świecie jeszcze dwa tygodnie temu - rzekł urzędnik Szrajer. - Dużoście wiedzieli, co słychać? - Ale nie wiem, czy za dwa tygodnie będę jeszcze na świecie - odrzekł Matula. - To co ciebie może obchodzić, co słychać? I tak w czapę, i tak w czapę, no nie? - rzekł Kozera. - A jakby wojna skończyła się niedługo, to może nie dadzą w czapę? - Polski sąd też by ciebie rozwalił za rabunek - rzekł zecer Kowalski. - A tobie da Krzyż Zasługi za to, żeś kupował otomanę. Drzwi celi otwarły się znowu. Wszedł Mławski, który jeździł na badanie. Drzwi zatrzasnęły się za nim. - Jak tam, chłopaki? - zapytał. - Miałem dzisiaj pietra. Myślałem, że zostanę na noc. Przyjechali drugim samochodem. - Drzewa pewnie już kwitną, co? Ludzie chodzą po ulicach, jakby nic? Prawda? - zapytałem, obracając w ręku karty. - Nie widziałeś sam, jak jechałeś? Ludzie żyją, żyją. - Masz tutaj zupę. - Zecer Kowalski podał mu miskę z kolacją. - Obiadową ci zjedli. - Dali grochówki z chlebem na obiad. Nieźle dają żreć. - Za to grzeją luksusowo - rzekł Mławski. Stał przy sienniku i krajał łyżką zupę, która zsiadła się jak galareta. - Jak ci poszło? Możesz siedzieć? - Co tam dostałem! Jakby nic. Tylko w tramwaju. Mieliśmy znajomego referenta. Robił interesy z ojcem w Radomiu. Wiesz, jak to jest, nie? - bez pośpiechu zagarniał zupę łyżkami. - Lubię ten żurek. Czasami ma dobry smak, chociaż zimny. Jak w domu. Kartofli dziś sporo. - Powiedziałem kalifaktorowi 21 , że to dla ciebie. Zaczerpnął z samego dna - 21 Kalifaktor - porządkowy odpowiedziałem. - A co powiedział referent? - zapytał urzędnik Szrajer, u którego znaleźli gazetkę i pokwitowania. - Nic nie powiedział - odrzekł opryskliwie Mławski. Odstawił miskę pod kubeł i zdjął palto. - Dostałem po pysku za twoje palto. Szkło wypadło spod podszewki. Rżnąć się będziesz czy co? - Na wszelki wypadek - odrzekłem i podłożyłem palto pod plecy. Pożyczył je ode mnie na badanie, bo bał się, że mu na Polizei odbiorą jego skórzaną, prawie nową kurtkę. Mławski usiadł koło mnie. - Wiesz - rzekł szeptem - zaproponował ojcu, żeby ojciec został konfidentem. Jak myślisz? - Jak ojciec myśli? - zapytałem. - Ojciec się zgodził. Co miał robić, powiedz? Wzruszyłem ramionami. Mławski odwrócił się do chłopca z Biblią. - Nowy, co? Ja ciebie widziałem chyba na Polizei, nie? Nie siedziałeś ze mną razem w tramwaju? - Nie - odrzekł chłopiec znad Biblii. - Nie siedziałem w żadnym tramwaju. - On mówi, że złapał go na ulicy granatowy glina i dorożką przywiózł do więzienia - rzekł do Mławskiego Kozera spod drzwi. - Założyłbym się, że ciebie widziałem na Polizei - rzekł Mławski do chłopca - ale jak mówisz, że cię policjant złapał... Dziwne, ale może być. Milczeliśmy. Pomiędzy niebem i czarnymi kratami leżał wiosenny wieczór, oświetlony z dołu latarniami więzienia. Szrajer siedział z twarzą w dłoniach, spomiędzy których sterczały coraz bardziej odstające z głodu uszy. Kozera chodził od drzwi do sienników i z powrotem. Chłopiec czytał Biblię. - Zagrasz w oczko? - zapytał mnie Matula. - Człowiek siedzi jak pień. Może się odegram? - Dajcie spokój z graniem - rzekł Szrajer, nie podnosząc twarzy. - Rodzoną matkę byście przegrali. Tu człowiek... - umilkł. Ruszał sztuczną szczęką. - Odezwał się. Inteligent od gazetki - rzekł Matula. - Zagrasz? - Stawajcie lepiej do apelu. Kalifaktor już się drze - rzekł Kowalski, zecer z Bednarskiej. Wstaliśmy z sienników. Ustawiliśmy się w szeregu, twarzą do drzwi. - Dziś ma służbę Ukrainiec. Ale może będzie spokojnie - mruknąłem do Mławskiego. Kiwnął głową. Otwarto drzwi naszej celi. W drzwiach stanął gruby, niski esman o czerwonej kwadratowej twarzy i rzadkich jasnych włosach. Usta miał mocno zaciśnięte. Na krzywych nogach miał świecące długie buty. Za pasem nosił siódemkę. W ręku trzymał pejcz. Za nim stał wysoki Ukrainiec z kluczami. Czarną furażerkę miał zawadiacko zsuniętą na ucho. Koło niego stali kalifaktor i Szrajber22, mały zasuszony Żyd, adwokat z getta. Szrajber trzymał w ręku papiery. Szrajer z Mokotowskiej wymamrotał po niemiecku kilka wyuczonych słów. Cela taka a taka, obłożona tyloma a tyloma więźniami. Wszyscy obecni. Czerwony wachman policzył starannie palcem. - Ja - rzekł. - Stimmt23. Szrajber, kto stąd? Szrajber podniósł papiery do oczu. - Benedykt Matula - odczytał i popatrzył po nas. - O rany boskie, chłopcy, dadzą w czapę! - szepnął głośno Matula, który przebrany za gestapowca chodził na rekwizycje. - Los, wychodź, raus24 - krzyknął wachman i chwyciwszy go jedną ręką za hals25, wyrzucił przez drzwi na korytarz. Drzwi otwarły się na całą szerokość. Dalej na korytarzu stali wachmani w pełnym uzbrojeniu. Hełmy świeciły się ponuro w nikłym świetle żarówki. Za pasem mieli wetknięte granaty. Wachman obrócił się do szrajbera. - Wszystko? Idziemy? - Nie, nie wszystko - rzekł szrajber, Żyd, adwokat z getta. - Jeszcze jeden. Namokel. Zbigniew Namokel. - Jestem - rzekł chłopiec z Biblią. Podszedł do siennika i wziął palto. Od drzwi odwrócił się do nas. Ale nie rzekł nic. Wyszedł na korytarz. Drzwi celi zatrzasnęły się za nim. - I już po apelu! Jeden dzień więcej! Dwoje ludzi mniej! Dawaj następny dzień! - krzyknął Kozera, przemytnik z Małkini. - Dużo nam ich jeszcze zostało? - rzekł bezbarwnie Kowalski. - Był chłopak, nie ma chłopaka. Rozkraczył się nad paraszką26! - Lać, chłopcy, bo rozkładamy sienniki. Żeby nikt potem po głowach nie deptał. Jazda, 22 Szrajber (z niem. Schreiber) - pisarz, kancelista 23 Stimmt (niem.) - zgadza się 24 Los (...) raus (niem.) - dalejże, (...) wyłazić 25 Hals (niem.) - szyja, tu: za kark 26 Paraszką (z roś. parasza) - w grypserze kubeł na nieczystości w celi ścielić, póki jest światło. Poczęliśmy rozkładać sienniki. - Szkoda, że Biblii nie zostawił - rzekłem do Mławskiego. - Byłoby co czytać. - Na nic mu już Biblia. Ale ja go widziałem dziś na Polizei, przysięgam - rzekł Mławski. - Co on mógł zrobić, taki mały? I czemu kłamał, że go na ulicy policjant złapał? - Wyglądał na Żyda, to i pewnie był Żyd - rzekł Szrajer spod okna. Położył się już na sienniku i postękując, otulał paltem nogi. Seplenił, bo wyjął sztuczne zęby z ust. Zawinął je w kawałek papieru z paczki i włożył do kieszeni. - Tylko po co była jemu Biblia w takim razie? - Pewnie był Żyd. Nie wzięliby inaczej na rozwałkę - rzekł Kowalski, kładąc się na boku przy Kozerze. - Chociaż Matulę też wzięli. - Kryminalista, cholera, rekwizytor, nocą z rewolwerem po kweście chodził - rzekł Kozera. - Należało mu się już dawno. Położyliśmy się z Mławskim. Nogi okryliśmy jego kurtką skórzaną, resztę ciała moim paltem. Wtuliłem głowę w miękki futrzany kołnierz. Szło od niego przyjemne ciepło. Od wybitego okna wiało wilgotnym chłodem. Niebo poczerniało już zupełnie. Przestrzeń między niebem a oknem, leżącym na poziomie ziemi, wypełniona była złotawym światłem. Paliły się wszystkie więzienne lampy. Przez blask ich przeświecały nikłe, mrugające gwiazdy. - Pięknie jest, bracie, na świecie, tylko że nas na nim nie ma - rzekłem półgłosem do Mławskiego. Leżeliśmy tuż przy sobie, żeby było cieplej. - Ciekawym - szepnął do mnie - czy mego ojca wzięli? Odwróciłem się do niego i spojrzałem mu w twarz. - Wyszło dziś na jaw, że jest Żydem - rzekł Mławski. - Ten referent go poznał. Robili razem interesy w getcie w Radomiu. - Toby ciebie też ruszyli - odrzekłem szeptem. - Mnie na razie nie, bo jestem mieszańcem. Moja matka była Polką. - Ale jak ojciec ma być konfidentem? Nie powinni wziąć. - Daj Boże, żeby nim został. To by było dobrze. - Stulcie pyski po nocy - rzekł Kozera, podnosząc się z siennika. - Chcecie mieć sport przed snem? Umilkliśmy i zaczęliśmy drzemać. Gdzieś z niedaleka padł głuchy, tępy strzał. Potem drugi. Podnieśliśmy się wszyscy na siennikach. - Widać nie wywieźli ich do lasu. Rozwalają gdzieś tu, pod więzieniem - rzekłem półgłosem i począłem liczyć: - Czternaście, piętnaście, szesnaście... - Rozwalają naprzeciw bramy - rzekł Mławski. Ściskał mi rękę z całej siły. - To musiał być Żyd, ten chłopiec z Biblią. Który to strzał był dla niego? - rzekł zecer Kowalski. - Kładźcie się lepiej spać - zasępieni! urzędnik z Mokotowskiej, Szrajer. - Boże! Kładźcie się lepiej spać. - Trzeba spać - rzekłem do towarzysza. Położyliśmy się znowu, przykrywając się skórzaną kurtką i paltem. Przytuliliśmy się szczelniej do siebie. Od okna szedł przejmujący, wilgotny

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak zabudować taras

Osłony na okna

Biuro nieruchomości Kraków